W Nowym Jaszczu od kilkudziesięciu lat działa rodzinne gospodarstwo Kozłowskich. Dziś na jego czele stoi Marcin, choć cały czas doradza mu mama Irena

Nowy Jaszcz (gmina Osie) leży we Wdeckim Parku Krajobrazowym. Pola Kozłowskich otaczają lasy.  Deszczu jest mało, co roku w zasadzie doskwiera susza. Kozłowscy wraz z dzierżawioną ziemią mają nieco ponad 60 ha. 50 z nich to użytki rolne, ziemia uprawna. Jest jeszcze kilka hektarów lasu i nieużytki.

Dominuje V i VI klasa ziemi. – Mamy nieco hektarów ziemi klasy IV a – dodaje pan Marcin.
– Ale takie hektary właśnie dzierżawimy we większości. Własnej ziemi tak dobrej za dużo nie mamy – wzdycha pani Irena.

Kiepska ziemia i dzikie zwierzęta

Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa wspiera rok w rok Kozłowskich dotacjami z tytułu tzw. niekorzystnych warunków gospodarowania. – Oprócz kiepskiej ziemi to przede wszystkim także grasujące po naszych polach zwierzęta z lasu. I to nie tylko dziki.  Nie brakuje danieli, jeleni czy saren – opowiada młody rolnik.

Z pół Kozłowscy zbierają zboża i kukurydzę. Są też łąki przeznaczone do wypasu zwierząt. Zebrane plony też posłużą jako karma dla nich. Od lat w gospodarstwie hoduje się świnie i bydło. Ale teraz rodzina przymierza się, żeby w budynkach gospodarczych trzymać tylko krowy. Ze świń chcą się powoli wycofać. – Nie tylko nie zachęca do takiej pracy cena skupu żywca, ale także nadciągająca ze wschodu fala ASF.

Bydło na mięso

Zostanie bydło hodowane na mięso. Obecnie Kozłowscy mają 26 sztuk bydła opasowego. Nie mają problemu, żeby pozbywać się takich odchowanych sztuk. Jest taki popyt na polską wołowinę, że sprzedaje się każda sztuka. Odbiorca jeszcze często przyjeżdża po towar na miejsce. Problemów Kozłowscy nie mają także z weterynarzem, który musi wystawić świadectwo zdrowia świniom dobę przed oddaniem ich do skupu. – Mamy weterynarza z Drzycimia. Dzwonimy. Przyjeżdża wieczorem i pracuje. Nigdy nie mieliśmy z wystawianiem świadectw problemu – podkreśla pani Irena.

Dwa ursusy i kombajn

Pasją jej syna jest także motoryzacja. Samemu naprawia wszystkie maszyny, które są w gospodarstwie. Na co dzień Kozłowscy używają dwóch ursusów, a do cięższych prac służy potężniejszy zetor z sześciocylindrowym silnikiem o mocy 120 koni.

Mają też własny kombajn, wysłużonego bizona, który wciąż jednak służy bez zarzutu.
– To najdroższy kombajn w gminie – śmieje się z mamy pan Marcin.

- Reklama -

– Kupiliśmy go z upadającego PGR-u. Nikt nam nie powiedział, że maszyna jest zadłużona. Przez to spłacaliśmy ją w zasadzie dwa razy. Ale w efekcie się z tego wykaraskaliśmy – śmieje się po latach pani Irena. – Nie byliśmy jedynymi gospodarzami, którzy dali się tak wrobić. Było nas więcej w okolicy.

Z dotacjami ostrożnie

Po takich doświadczeniach Kozłowscy ostrożnie podchodzą do wszelkich dotacji, które wymagają wsparcia kredytem. Wolą samemu powoli modernizować gospodarstwo. W jednej z obór mają wyciąg linowy do obornika zainstalowany tylko na części powierzchni.
– Resztę trzeba po prostu przerzucić widłami – mówi pan Marcin. – Teraz jedną chlewnię zamienimy w kolejną oborę. Wyciąg będziemy tam montować od razu na całości. A z czasem trzeba będzie pomyśleć o zakupie ładowarki teleskopowej – dodaje.

Gospodarz nie spieszy się także z modernizacją parku maszyn. W razie awarii wie, że poradzi sobie z naprawą. – Do Marcina z prośbą o pomoc zgłaszają się wszyscy sąsiedzi. Nie pamiętam, żeby czegoś nie naprawił – dodaje pani Agata, żona młodego gospodarza.
Mimo trudności, które potwierdza także ARiMR, nie narzekają. – Trzeba to lubić. A u nas w dodatku pracuje przy tym cała rodzina, więc nie jest tak źle jak to wygląda – mówi pani Irena.

Dodaj komentarz

avatar
  Otrzymuj powiadomienia w sprawie tego tematu  
Powiadom o